Grzegorz Przemyk, zamordowany trzy dni przed 19 urodzinami

Dwie śmierci młodych ludzi, te dwie z tysięcy innych, w trudnym dla polskiej historii XX w. Wydawało by się, że to tak różne życiorysy, ale każdy z nich był odpowiedzią na swoje czasy. Mam na myśli dwie postacie historyczne: Danutę Siedzikównę (1928-1946) i Grzegorza Przemyka (1964-1983).

Domena publiczna.

Śmierć „Inki” na sześć dni przed 18 urodzinami, nastąpiła w początkowym okresie rządów komunistycznych, właściwie w trakcie najbardziej zażartej walki zbrojnej komunistów z patriotycznym podziemiem wojskowym. Pobicie warszawskiego maturzysty, pięć dni przed ukończeniem 19 lat, to z kolei znak czasów stanu wojennego. Był on jedną ze śmiertelnych ofiar „betonowego” reżimu, który wydał wojnę własnemu narodowi. Danuta i Grzegorz, Siedzikówna i Przemyk. Oboje młodzi i niewinni, Ona zaangażowana bardziej bezpośrednio, sanitariuszka biorąca udział w niebezpiecznych akcjach, zahartowana przez lata wojny, w której latach jeden z totalitaryzmów zabrał jej matkę, a drugi na zawsze pozbawił ojca. On z kolei stojący nieco z boku, zwykły chłopak, jakich wielu było świadkami demonstracji, zebrań i antyrządowych protestów. A jednak to właśnie jego zakatowano na śmierć i ta zbrodnia tak bardzo poruszyła opinię publiczną. O Danucie dowiedzieliśmy się zdecydowanie później, jej historia czekała na to, żeby ją opowiedzieć. A może to wszystko po to, aby się dopełniła, poprzez wydobycie jej zwłok spod chodnika na gdańskim cmentarzu? Pochowano ją wreszcie z godnością, choć po tak wielu latach. On zaś mógł wybrać inaczej, odciąć się od opozycji, zaprzestać pisania wierszy i być jak niejeden inny „normalny” – wpisany w system. Wreszcie mógł się nie narażać i zbuntować się przeciwko matce – opozycjonistce. Na przekór jej, znaleźć się w szeregach socjalistycznej młodzieży i może zrobić karierę, jak niejeden jego warszawski rówieśnik z odznaką Janka Krasickiego w klapie marynarki? Jednak już wtedy wiadome było, że rozumie więcej niż wielu jego rówieśników, że czuje „bardziej” i nie zaciągnie się do czerwonej służby. I jeszcze jedno podobieństwo w oficjalnym obrazie śmierci tych dwojga młodych ludzi. Wszechobecna oficjalna dezinformacja i oczernianie. Narzucony sposób narracji, gdzie wnioski miały „same się nasunąć”. Już w 1946 r. topornie sklecone opowieści o „krwawej Ince”, a w latach osiemdziesiątych zdecydowanie bardziej przebiegle, inteligentnie i zgodne z wymuszonymi przyznaniami się do winy, skazanych później lekarki i dwóch sanitariuszy. Zbrodnia w „białych rękawiczkach”, bo już czas nie ten i metody bardziej „subtelne”. Wszystkich szczegółów nigdy nie poznamy, więc lepiej skupić się na faktach historycznych, które przecież nie potrzebują podpórek z legendy. Wiele im może dodać przedstawienie nieco szerszego kontekstu opisywanej sprawy. Dlaczego warto skupić się na postaci Grzegorza Przemyka? Gdyby żył, obchodziłby w tym roku 56 lat. Jednak nie doczekał końca PRL-u, w którym zawarło się całe jego krótkie życie. Mija właśnie 37 lat od tragedii, jaka dotknęła jego rodzinę. Warto pamiętać, aby zrozumieć zbrodniczość mechanizmów, przedłużających trwanie niewydolnego systemu o dekadę lat osiemdziesiątych, a także aby nie zapomnieć o presji, jakiej poddawani byli na co dzień wszyscy obywatele PRL-u.

Domena publiczna

Zwyczajne dziś dla nas obchody upamiętniające uchwalenie Konstytucji 3 maja, są dla nas współcześnie świętem państwowym. W omawianych czasach były nielegalne, jednak organizowane przez środowiska opozycyjne w większych miastach. Spotykały się one z brutalną reakcją milicji. 3 maja 1983 r. w Warszawie pobita została m.in. matka Grzegorza. Barbara Sadowska zaangażowana była w prace Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Niespełna dwa tygodnie później, 12 maja na Placu Zamkowym zatrzymany został jej syn, uczeń XVII Liceum Ogólnokształcącego im. Andrzeja Frycza Modrzewskiego. Grzegorz Przemyk świętował z kolegami zdany egzamin dojrzałości. Nie dane mu było podjąć dalszej edukacji, gdyż został brutalnie pobity na pobliskim posterunku milicji przy ul. Jezuickiej. Chłopak wrócił do domu, jednak jego stan był bardzo zły. Zmarł dwa dni później w szpitalu i został pochowany na warszawskich Powązkach. Pogrzeb Przemyka odbył się 19 maja. Był on demonstracją jedności większości społeczeństwa wobec systemu przemocy i kłamstwa, który nie oszczędzał nawet młodzieży. Na okoliczności i wymowę tej jednej z najgłośniejszych zbrodni polskiego aparatu władzy lat osiemdziesiątych, zwrócił uwagę w swojej monografii sowieckiej kolonizacji pt. „Polska w niewoli 1945-1989” (Wydawnictwo AA, Kraków 2015), naukowiec i parlamentarzysta, prof. Ryszard Terlecki. Historyk napisał: „zaledwie kilka tygodni przed drugą pielgrzymką Ojca Świętego do Polski, milicja zamordowała dziewiętnastoletniego maturzystę, Grzegorza Przemyka, […]. Sterowane przez bezpiekę śledztwo doprowadziło do oskarżenia i skazania niewinnych osób. Reżim okazywał w ten sposób swoją siłę, a aparat przemocy demonstrował całkowitą bezkarność” (s. 402). Niech powyższe słowa posłużą za podsumowanie smutnej rocznicy śmierci warszawskiego maturzysty.

Adrian Grycuk – Praca własna.
CC BY-SA 3.0 pl

Tekst: Artur Jachna